„Najpierw pojawia się kryzys. Dopiero później incydent”. Rozmowa z psychoterapeutą Dawidem Mikosińskim

Czy kryzys młodego człowieka zaczyna się w dniu, w którym dochodzi do incydentu? Rozmowa o sygnałach, które warto zauważyć wcześniej.
W ostatnim czasie media coraz częściej nagłaśniają przypadki przemocy w szkołach, gróźb publikowanych w internecie, interwencji policji i zachowań naśladowczych wśród młodzieży. Każdy taki incydent budzi niepokój. Rodzice pytają o bezpieczeństwo, szkoły wzmacniają procedury, a w przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej pytań o wpływ internetu, mediów społecznościowych i kondycję psychiczną młodych ludzi.
Ale czy kryzys naprawdę zaczyna się w dniu, w którym dochodzi do zdarzenia? A może wcześniej pojawiają się sygnały, których dorośli nie zauważają albo nie potrafią właściwie odczytać?
O tym, gdzie zaczyna się kryzys młodego człowieka, jak reagować na pierwsze sygnały, dlaczego sama ochrona przy drzwiach szkoły nie wystarcza i kiedy potrzebna jest bardziej intensywna forma wsparcia, rozmawiamy z Dawidem Mikosińskim – psychologiem i psychoterapeutą systemowym, prezesem Fundacji Rozwoju ALIS, organu prowadzącego Niepubliczny Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii „Rozwiń Skrzydła” w Tarnowie oraz szkołę działającą przy MOS.
W mediach dużo mówi się dziś o przemocy młodzieży. Czy rzeczywiście mamy powody do obaw?
Dawid Mikosiński: Takie zdarzenia trzeba traktować poważnie, ale bardzo uważać, żeby nie napędzać paniki. Po każdym głośnym incydencie w internecie bardzo szybko pojawiają się nagrania, komentarze, pogłoski i kolejne treści, które zaczynają żyć własnym życiem. Część z nich jest prawdziwa, część nie. Problem polega na tym, że dla niektórych młodych ludzi nagłośnione zdarzenie może stać się gotowym scenariuszem zachowania.
Nie oznacza to oczywiście, że każda osoba oglądająca takie treści zacznie je naśladować. Ryzyko wzrasta jednak wtedy, gdy wcześniej pojawiały się już inne trudności: izolacja, poczucie krzywdy, narastająca agresja, kryzys psychiczny czy fascynacja przemocą. Dlatego odpowiedzialna rozmowa o takich wydarzeniach powinna koncentrować się przede wszystkim na bezpieczeństwie, reakcji dorosłych i możliwościach uzyskania pomocy, a nie na budowaniu sensacji.
Czy monitoring, ochrona i obecność policji rozwiązują problem?
Nie. Są potrzebne wtedy, kiedy istnieje konkretne zagrożenie. Ale bezpieczeństwo młodzieży zaczyna się dużo wcześniej niż przy drzwiach szkoły. Ważne jest zauważanie zmian w zachowaniu: nagłego wycofania, narastających konfliktów, gróźb, autoagresji, izolacji, przemocy rówieśniczej czy niepokojących treści publikowanych w sieci.
Nie chodzi o to, żeby każdą zmianę traktować jak zapowiedź tragedii. Chodzi raczej o to, żeby dorosły zadał sobie pytanie: „Co się z tym młodym człowiekiem dzieje?”
Nie istnieje jeden „profil sprawcy”. Nie wolno też automatycznie łączyć przemocy z konkretną diagnozą psychiatryczną. Najczęściej mamy do czynienia ze splotem wielu czynników: indywidualnych, rodzinnych, rówieśniczych i środowiskowych. Dlatego szkoła potrzebuje nie tylko procedur reagowania, ale również realnego dostępu do psychologa, pedagoga, socjoterapii i innych form wsparcia.
Czy internet rzeczywiście ma aż tak duży wpływ na młodzież?
Ma bardzo duży wpływ, ponieważ młody człowiek funkcjonuje dziś jednocześnie w świecie realnym i cyfrowym. To, co kiedyś wydarzyłoby się między kilkoma osobami, dzisiaj może w bardzo krótkim czasie dotrzeć do ogromnej liczby odbiorców.
Algorytm nie pyta, czy dana treść jest dobra dla nastolatka. Promuje to, co przyciąga uwagę. A przemoc, skrajne emocje, konflikty i materiały szokujące tę uwagę przyciągają wyjątkowo skutecznie.
Dlatego bezpieczeństwa dzieci nie da się już analizować bez pytania o to, co oglądają, komu ufają w internecie i jakie treści podpowiadają im platformy społecznościowe. Skala ekspozycji na treści przemocowe i szybkość, z jaką zachowania zdobywające zasięg mogą być kopiowane, mają dziś realne znaczenie.
Czy każdy nastolatek przeżywający kryzys potrzebuje MOS-u?
Absolutnie nie. Są dzieci, którym wystarczy wsparcie rodziny, psychologa, pedagoga albo terapia ambulatoryjna. Ale są również takie sytuacje, w których kilka godzin pomocy tygodniowo okazuje się niewystarczające.
Bo problem nie pojawia się tylko podczas wizyty u psychologa. Pojawia się rano, kiedy trzeba wstać do szkoły. W kontakcie z rówieśnikami, w konflikcie, w chwili frustracji. Kiedy ktoś stawia granicę albo kiedy młody człowiek przeżywa odrzucenie lub porażkę. I właśnie wtedy potrzebne może być środowisko, w którym szkoła, wychowawcy i specjaliści działają wspólnie.
Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii jest przeznaczony dla młodzieży zagrożonej niedostosowaniem społecznym, która potrzebuje specjalnej organizacji nauki, pomocy psychologiczno-pedagogicznej, socjoterapii i stałego oddziaływania wychowawczego. W placówce całodobowej możliwa jest codzienna obserwacja, szybkie reagowanie i praca nie tylko z zachowaniem, ale także z jego przyczynami.
Wokół MOS-ów wciąż istnieje stereotyp „ośrodka dla niebezpiecznych dzieci”.
I to jest bardzo krzywdzący stereotyp. MOS nie jest miejscem dla „niebezpiecznych dzieci”. To miejsce dla młodych ludzi, u których trzeba zadziałać wcześniej — zanim kryzys zakończy się poważną przemocą, interwencją policji albo wejściem w system sądowy. Im wcześniej uda się odbudować relacje, poczucie bezpieczeństwa i zdolność funkcjonowania w grupie, tym większa szansa na zatrzymanie eskalacji.
I to jest bardzo ważne: pomoc nie powinna zaczynać się dopiero wtedy, kiedy wydarzy się coś dramatycznego.
Czy można powiedzieć, że zachowanie młodego człowieka jest czasem formą komunikatu?
Bardzo często. Dorosły widzi zachowanie: wagaruje, krzyczy, łamie zasady, nie chce się uczyć, zamyka się w sobie, prowokuje. Ale za takim zachowaniem może stać bardzo różna historia: lęk, wstyd, odrzucenie, poczucie porażki, brak wiary w siebie, konflikt rodzinny, przemoc rówieśnicza albo brak umiejętności poradzenia sobie z emocjami.
Dlatego samo pytanie: „jak powstrzymać zachowanie?” często nie wystarcza. Trzeba jeszcze zapytać: „Dlaczego ono się pojawiło?”
Ale zrozumienie nie może oznaczać pozwalania na wszystko.
Oczywiście. Można próbować zrozumieć młodego człowieka i jednocześnie jasno powiedzieć: „Na takie zachowanie się nie zgadzam.” Dobra pomoc nie polega na braku granic. Młodzież potrzebuje granic, przewidywalności i konsekwencji. Ale powinna jednocześnie wiedzieć, że błąd nie oznacza odrzucenia człowieka.
Możemy powiedzieć: „To, co zrobiłaś, jest nieakceptowalne. Ale nadal chcę zrozumieć, co się z tobą dzieje.” I właśnie pomiędzy tymi dwoma komunikatami zaczyna się prawdziwa praca wychowawcza.
Co powinno szczególnie niepokoić rodzica?
Nie istnieje jedna lista, która pozwoli przewidzieć kryzys. Ale zawsze warto zwrócić uwagę na nagłą zmianę funkcjonowania dziecka.
Jeżeli młody człowiek, który wcześniej funkcjonował względnie stabilnie, zaczyna się silnie izolować, rezygnować ze szkoły, reagować skrajną agresją, podejmować zachowania autoagresywne albo publikować niepokojące treści, to nie jest dobry moment na powiedzenie: „Przejdzie mu”. To jest moment, żeby zainteresować się tym, co się dzieje. Nie każda taka zmiana oznacza poważny kryzys. Ale znacznie bezpieczniej jest sprawdzić niż zignorować.
Gdyby miał Pan powiedzieć rodzicom jedną najważniejszą rzecz?
Nie czekajcie, aż problem stanie się dramatem. Pomocy nie trzeba szukać dopiero wtedy, kiedy pojawia się policja, szpital albo sąd. Czasami największą zmianę można zrobić właśnie wtedy, kiedy z zewnątrz sytuacja nie wygląda jeszcze dramatycznie.
Bo kryzys bardzo rzadko zaczyna się w dniu, w którym wszyscy go zauważają. Najczęściej zaczyna się dużo wcześniej.
